31.07.2015

"Imperium księżyca w pełni" - S.C. Gwynne

Przymierzałem się do Imperium księżyca w pełni z kilka razy. Czytałem, przerywałem, czytałem, przerywałem. I wiedziałem, że coś jest tu nie tak. Jestem wychowany na klasykach westernowo-indiańskich, Karol May, Longin Jan Okoń, zawsze darzyłem Indian mieszanką fascynacji, tajemniczości i grozy. Tymczasem pod koniec lat osiemdziesiątych zeszłego wieku pojawiła się na ograniczonym, komunistycznym rynku księgarskim książka, która na zawsze ugruntowała moje podejście do Indian – była to napisana przez panie Ewę Rudnicką i Izabellę Rusinową opowieść o kontaktach Indian z osiedlającymi się w Ameryce Europejczykami. Tytuł tej pozycji: Wigwamy, rezerwaty, slamsy. Doznałem wstrząsu, kilkaset stron opisujących powolne wyniszczenie nie narodu, ale całej rasy. Od tamtej pory nie miałem co czytać, wszystko było czymś mniej lub bardziej wyimaginowanym przez pisarzy, w świadomości pozostawały zawsze krzywdy opisane w Wigwamach... Aż wreszcie usłyszałem o Imperium księżyca w pełni i przeczytałem, i mam kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze, najważniejsze, rzuca się w oczy stosunek informacji o Indianach do informacji o białych z nimi walczących lub doznających od nich krzywd. Komancze wydają się papierowymi postaciami z nagłówków gazet i relacji białych świadków ich dokonań. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie ciągła wiara S.C. Gwynne'a w ubarwione opowieści mające na celu wstrząsnąć opinią publiczną. Mamy więc nieprzerwany potok potwierdzonych źródeł osadników, ofiar, włodarzy, żołnierzy, które stanowią przytłaczający procent treści. Wszystko zaś jest okraszone żywą narracją Gwynne'a. Indianie wspaniale jeżdżą na koniach i znakomicie posługują się łukami i włóczniami, biali zaś wytrwale walczą o każdy skrawek ziemi ponosząc zatrważające cierpienia. 


Zalety komanckich wojowników są co jakiś czas przypominane, zapada prawie całkowita cisza w sprawach dotyczących ich życia prywatnego i publicznego, obyczajów, wierzeń, stosunków społecznych. Oczywiście są wzmianki, ale w wielu przypadkach torpedowane określeniami typu prymitywni, znajdujący się na etapie niższego barbarzyństwa, z epoki kamienia łupanego, a dookoła nich tryska krew niewinnych. Gwynne gra słowem, buduje obrazy działające na emocje czytelników, próbuje chyba zaskarbić sobie cywilizowanego, białego, mieszkającego w Teksasie odbiorcę:

Dzieci biegły do zabitego przed chwilą zwierzęcia [bizona] i prosiły o jego wątrobę i woreczek żółciowy. Następie wyciskały słoną żółć z woreczka żółciowego na wątrobę i ją zjadały, ciepłą i ociekającą krwią. Jeżeli zabito karmiącą samicę, Komancze rozcinali wymię i pili mleko wymieszane z ciepłą krwią. Do największych przysmaków należało ciepłe zsiadłe mleko z żołądka ssącego cielaka. Gdy wojownicy byli w drodze i brakowało im wody, potrafili pić ciepłą krew bizona bezpośrednio z jego żył.

albo w odcieniu komicznym:

Tymczasem Indianie odkryli fantastyczną zawartość magazynów: ubrania, tkaniny i materiały, parasolki, kapelusze (…). [Komancze] przybyli do miasta w bluzach ze skór zwierzęcych i przepaskach biodrowych. Wyjechali w cylindrach, wysokich butach z wyprawionej skóry i drogich frakach ze lśniącymi mosiężnymi guzikami, założonych tył na przód, a więc zapiętych z tyłu. Zabrali ze sobą perkal i kolorowe wstążki, którymi przyozdobili włócznie, wpletli je także koniom w ogony. Grupa, która opuszczała Linnville i kierowała się znowu w stronę Victorii, wyróżniała się malowniczością – niczym kropla jaskrawego koloru w morzu ciernistych krzewów południowego Teksasu.

Quanah Parker; źródło: Wikipedia
Jeżeli w nakreślonym powyżej problemie można zrzucić wszystko na karb rozbudowanej dokumentacji białych i nikłych informacji pisemnych od osób z kręgu Indian, to w przypadku Quanaha, najważniejszego wodza Komanczów, razi brak równie wnikliwej analizy dostępnych źródeł pisanych. Z pewnością można było bliżej przyjrzeć się okresowi rezerwatowemu tego plemienia, szerzej opisać kult pejotlu, wniknąć wreszcie w samo plemię. Niestety sam Quanah został zepchnięty na sam koniec książki, wcześniej pojawiał się bardziej jako grupa niż jako jednostka.

Elementem spajającym Imperium księżyca w pełni jest historia Cynthii Ann Parker, matki Quanaha, porwanej przez Komanczów w trakcie jednej z ich wypraw na pogranicze. Biała kobieta, która została Indianką. Zasymilowała się do tego stopnia ze swoim plemieniem, że po „wyswobodzeniu” przez białych wielokrotnie próbowała uciec z powrotem do Komanczerii. Zastanawia siła, z jaką ona i inne osoby w podobnym położeniu pragnęli powrotu do barbarzyństwa, odrzucając cywilizację. Wszystko to pomimo tragedii, które te osoby przeżyły widząc zabijanie członków ich pierwotnych rodzin:

Wydarzeniem, które złamało jej życie, nie był atak na fort Parkerów w 1836 roku – było nim cudowne i wysławiane „uratowanie” nad Mule Creek w 1860 roku. To drugie wydarzenie przyniosło śmierć jej męża, rozdzieliło ją na zawsze z ukochanymi synami i umieściło w kulturze, w której była więźniem w stopniu większym niż kiedykolwiek u Komanczów.

Dwa inne przypadki przedstawione w książce, może mniej spektakularne niż przypadek Cynthii Ann, świadczą o ogromnej więzi porwanych – oswobodzonych z Komanczami:

Przez resztę życia Banc i Minnie broniły Komanczów. Minnie Caudle „nie dałaby powiedzieć złego słowa o Indianach”, wspominała jej prawnuczka. Jej wnuk twierdził: „Zawsze ujmowała się za Indianami. Mówiła, że na swój sposób są dobrymi ludźmi. Kiedy ich zaatakowano, nie spuszczali głów i bronili się”. Uważała tak mimo okrutnych wydarzeń z jej życia, do których należało obserwowanie, jak porywacze gwałcą i mordują pięcioro członków jej rodziny. Banc Babb, wbrew wszelkiemu rozsądkowi i pamięci, postrzegała sprawy tak samo. W 1897 roku poprosiła o oficjalne przyjęcie do ludu Komanczów. (…) Dot Babb, brat Banc, tak opisał własne odczucia: „rodzaj uczuciowej więzi niemal tak świętej jak więzy rodzinne. Ich dobroć dla mnie była olbrzymia i niezmienna, a w zamian moja przyjaźń i przywiązanie głębokie i szczere”.

Ciągnący się latami stan wojny między Indianami różnych plemion i białymi oddziałami rangerów, ochotników, regularnego wojska musiał ukształtować głęboko osadzone uprzedzenia i stereotypy wśród uczestników tamtych wydarzeń. Zadaniem współczesnych, w tym S.C. Gwynne'a, jest próba wczucia się w położenie jednych i drugich. Autorowi Imperium księżyca w pełni tylko częściowo udało się to zadanie. Książkę można z całą pewnością polecić wielbicielom mrocznych westernów lub fanom historii Stanów Zjednoczonych. Osoby szukające opisu indiańskich wierzeń, obyczajów i innych spraw związanych z życiem plemion z pewnością nie będą w pełni usatysfakcjonowane.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz