21.03.2015

List otwarty do Pani Prezes Empiku Ewy Szmidt-Belcarz oraz odpowiedź tejże - obiecana część druga

Mało kto pamięta, że dzisiejszy EMPIK był KMPiK-iem, czyli Klubem Międzynarodowej Prasy i Książki. W Trójmieście były trzy, przynajmniej w moim oglądzie późnej komuny: w Gdańsku na Długiej, w Sopocie na Monciaku i w Gdyni na Świętojańskiej, róg Żwirki i Wigury. Prasa zagraniczna, plakaty w dużym formacie i płyty winylowe – to pamiętam. Raczej kameralnie. Jakiś stolik i kilka krzesełek. Później nastał czas przemian i z KMPiK-u stworzony został EMPIK, pierwsze "megastore'y", jeszcze z olbrzymimi działami z książką i miejscami do siedzenia, gdzie rzeczywiście można było poczytać więcej niż trochę, przyjazny dział prasy i miejsce z ciekawą muzyką. Wszystkie dodatki Ikei, świeczki i pamiątki znad morza były zawsze gdzieś w kącie. Mijał czas i zaczęła się ekspansja tych, co na uboczu: koszulki, kubki i inna chińszczyzna. Teraz, za sprawą blogowych reakcji na los osób zatrudnionych w EMPIK-u i listów ludzi kultury do prezes firmy, wszyscy wreszcie obserwują jak działa ślepe oddanie się statystykom i tendencjom ekonomicznym – wszystko to w opozycji do zwykłego czytelnika i również do zwykłego twórcy kultury, który chciałby coś znaczyć na półkach, a nie może.
Polska ekonomia wywodzi się z zachodnich tradycji. Wszystko byłoby w miarę wytłumaczalne, gdyby procesy, które obserwujemy aktualnie w polskich EMPIK-ach, Matrasach czy nawet odniesieniu do innych branż: Lotosach, Orlenach, Biedronkach, Rossmannach, nie były opóźnione o lekko dziesięć, dwadzieścia lat w stosunku do swoich zachodnich odpowiedników. Co tam się nie sprawdziło przerzuca się na nasz grunt, jakby jakimś cudem u nas poszło inaczej. Przypomina mi się sytuacja na międzynarodowym rynku maszynek do golenia. W Niemczech Gillette z czterema ostrzami, w Polsce Gillette z trzema ostrzami, a na Ukrainie i w Rosji tylko dwa ostrza. Tyle że przy ostrzach to tylko ktoś niewprawiony się zatnie, a przy przenoszeniu wzorców działania firm tracą klienci, pracownicy, pośrednicy, autorzy. Wszystko w imię słupków, wyników finansowych i chęci wypróbowania i tak już pogrążonej koncepcji marketingu czy sprzedaży. Nie twierdzę, że przedsiębiorstwo ma mieć straty dla dobra innych. Zastanawia mnie to tak sztywne zapatrzenie na zachodni styl prowadzenia interesów. Styl, który tak naprawdę jest daleki od ideału i właśnie tam się nie sprawdził. Przyda się kilka przykładów.

Przykład polski z listu do prezes EMPIK-u:
Pomijamy już nikomu niepotrzebne opowiadanie się po stronie polityki - to wstyd, że EMPIK przepraszał za reklamy z Marią Czubaszek i Nergalem uginając się pod politycznym protestem. Spowodowało to, że wielu Czytelników postanowiło bojkotować zakupy w EMPIK-u.
Jak to się miało prawie dwadzieścia lat temu na Zachodzie, np. w sprawie cenzury, pracowników i pisarzy występujących na spotkaniach autorskich:
Filmowiec Michael Moore, promujący swoją książkę Downsize This!, przed wejściem do księgarni Borders w Filadefii, gdzie miało się odbyć się spotkanie z czytelnikami, natknął się na pikietę. Moore oświadczył, że nie weźmie udziału w spotkaniu, jeśli kierownictwo sklepu nie wpuści do środka strajkujących pracowników I nie dopuści ich na kilka minut do mikrofonu. Kierownik sklepu przystał na jego warunki, lecz wszystkie pozostałe planowane wieczory autorskie zostały odwołane. “Nie mogłem uwierzyć, że cenzuruje mnie księgarnia”, napisał Moore, komentując incydent.1
Sytuacje bardzo podobne, u nas może nawet zbyt tragiczne w wymowie, bo toć to kajanie się władzom. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że za moment oprócz cenzurowania skandaliczną marżą tekstów niszowych, dojdzie w ramach sieci EMPIK do wykluczania niewygodnych ze względu na „politykę” koncernu pisarzy. I tym samym EMPIK sam stanie się „władzą”. Oby do tego nie doszło.
Następny polski przykład z listu do prezes:
EMPIK jawi się też jako księgarnia, w której nie uzyska się odpowiedniej pomocy w wyborze książki, bo pracownicy mają wyrobić normę nawet jeśli sami muszą kupować książki z tzw. parasola (proponowanie zakupu danego tytułu, już przy kasie, kiedy płacimy za towar). Trudno jest nawet odszukać pracownika EMPIK-u, zawsze zajętego absurdalnymi zadaniami promocyjnymi.
W liście do prezes EMPIK-u pomija się jednak jeden z najważniejszych problemów w wielkich firmach „sprzedażowych”, bo nie tylko chodzi tu o EMPIK. Sprawę pracowników w dziale handlu ma załatwić tzw. najniższa krajowa. Wychodzi się zapewne z założenia, że każde stanowisko na kasie lub w dziale obsługi to praca tymczasowa. Jedynymi osobami, które mają jakąś „górkę”, są osoby nadzorujące. Jacyś kierownicy i na pewno wszelkiego rodzaju „store menadżerowie” i ajenci. Ci ostatni postawieni są w dość kłopotliwej sytuacji, mają przede wszystkim oddzielać korporacje od pracowników, stanowić typowy dla polskich lat przemian mur pomiędzy tymi, którzy coś chcą i tymi, którzy łaskawie coś dają. Wracając jednak do tym na dole drabiny, znów dobry przykład sprzed dwudziestu lat:
Brenda Hilbrich z Borders Books and Music na Manhattanie tłumaczy, jak trudno jest pogodzić jakość takiej posady z poczuciem sukcesu osobistego: „Nie możesz uciec od dychotomii. Myślisz: 'Powinnam osiągnąć coś więcej, ale nie mogę, bo nie mogę znaleźć innej pracy'. Powiadasz więc sobie: 'Jestem tu tylko na chwilę, dopóki nie znajdę czegoś lepszego”. Ten uwewnętrzniony stan wiecznej przemijalności to woda na młyn pracodawców, którzy mogą swobodnie zamrażać płace i ograniczać możliwość awansu, bo przecież nie trzeba poprawiać warunków pracy, co do której wszyscy zgadzają się, że jest tymczasowa.2
I w taki sposób kręci się ten kołowrotek. Psychiczne przepychanki, śmieciowe umowy, umowy długookresowe, które wywalczone po latach stają się talizmanem, którego nie wolno zszargać jakimkolwiek protestem. Ciekaw byłbym sytuacji, w której pracownicy EMPIK-u chcieliby zastrajkować i przeciągnąć na swoją stronę jakiegoś pisarza mającego wieczór autorski. Wszyscy automatycznie idą na bruk. Smutne, ale taka jest prawda. Doskonale prezentuje stosunki i warunki panujące wśród pracowników EMPIK-u wpis na blogu ŁukaszaKotkowskiego. Podsumowaniem może być tu Andrzej Leder:
Recydywę mentalności folwarcznej w dzisiejszej Polsce często można zaobserwować w stosunku kadry zarządzającej do pracowników w firmach i korporacjach. Poczucie, ze nie mamy do czynienia ze stronami umowy dokonującymi ekwiwalentnej wymiany pracy na pieniadze, lecz raczej z „zarządcami” folwarku i podległymi im wyrobnikami, którym z niewiadomych przyczyn trzeba płacić i – na dodatek – okazywać szacunek, jest bardzo częstym doświadczeniem pracujących w warunkach polskiego kapitalizmu. Dlatego pracujący często z Polski uciekają, nie chodzi tylko o niskie pensje czy brak pracy, ale też o zupełnie inne relacje rządzące stosunkiem pracy, które zostały wypracowane, często zresztą wskutek wielu konfliktów, w niektórych krajach Zachodu.3
Na tzw. „prawie zakończenie” przytoczę jeden istotny element w działaniu EMPIK-u. Na bliższym lub dalszym Zachodzie stosuje się w sklepach interenetowych zasadę długiego ogona. To, co na przykład nie mieści się w sklepach stacjonarnych jest powszechnie dostępne w internetowych. Nawet te baaaardzo wiekowe publikacje książkowe czy muzyczne. Na empik.com owszem, są takie pozycje, ale oczywiście niedostępne. Są to typowe „zapychacze” ilości, mijające się zasadniczo z ideą długiego ogona. Bo oczywiście im więcej, tym lepiej. Praktyka jest już bardzo daleko od doskonałości.
Kończąc ten wywód w sprawie EMPIK-u, chciałbym wspomnieć o Matrasie. Firma ta chce być mimo wszystko księgarnią, widzę to. Jednak w perspektywie dłuższego czasu dało się tam zauważyć niepokojące tendencje, znane nam wszystkim z EMPIK-u. Mam nadzieję, że Matras szybko naprostuje zły kierunek i będzie dał się dalej lubić.
1Naomi Klein, No Logo, Izabelin 2004, s. 202.
2Naomi Klein, dz. cyt., s. 251.

3Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Warszawa 2014, s. 100-101.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz