05.11.2014

Zen i sztuka oporządzania motocykla, Robert Maynard Pirsig

Rozważanie instytucji rządowych lub establishmentu jako systemu jest prawidłowe, gdyż u podstaw tych organizacji leżą takie same strukturalne koncepcje zależności jak w motocyklu. Strukturalne powiązania podtrzymują istnienie tych instytucji nawet wówczas, kiedy utraciły jakiekolwiek znaczenie i cel. Ludzie przychodzą do fabryki i wykonują bez sprzeciwu absolutnie bezsensowne zadania od ósmej do piątej, ponieważ struktura tego od nich wymaga. To nie złoczyńca czy też szaleniec, który chce, by życie ich było bezsensowne, to tylko struktura, system tego żąda, i nie ma chętnego, który podjąłby trudne zadanie zmiany struktury, jedynie dlatego, że jest ona bezsensowna.

Zburzenie fabryki albo rebelia przeciwko rządowi czy też unikanie reperacji motocykla dlatego, że są to systemy, oznacza raczej walkę z objawami niż z przyczynami; a dopóki atak skierowany jest tylko przeciw objawom, żadna zmiana nie jest możliwa. Istotnie realnym systemem jest sama konstrukcja naszego współczesnego systematycznego myślenia, sam racjonalizm, tak więc jeśli zburzymy fabrykę bez naruszenia racjonalizmu, z którego powstała, to ten sam racjonalizm zbuduje po prostu inną fabrykę. Kiedy rewolucja obali systematyczny rząd, a modele systematycznego myślenia, w ramach których był wytworem, pozostaną nietknięte, wówczas modele te odtworzą się w następnym rządzie. Tak wiele mówi się o systemach i tak mało się z nich pojmuje.

* * * 

Celem metody naukowej jest wybranie jednej jedynej prawdy spośród wielu prawd hipotetycznych. Na tym właśnie, bardziej niż na czymkolwiek innym, polega nauka. Historycznie dokonała jednak nauka czegoś całkowicie przeciwnego. Poprzez coraz większe mnożenie faktów, informacji, teorii i hipotez, sama prowadzi ludzkość od jednej absolutnej prawdy do wielu prawd, nieokreślonych i względnych. Nie kto inny niż nauka sama jest głównym sprawcą chaosu społecznego, producentem nijakich myśli i wartości, które miały być wyeliminowane dzięki racjonalnej wiedzy. To, co Fedrus widział przed laty, w osamotnieniu swego własnego laboratorium, można teraz dostrzec w świecie technologii wszędzie. Naukowo wyprodukowana antynauka – chaos.

* * * 

Przyczyną naszego współczesnego kryzysu społecznego, powiedziałby Fedrus, jest błąd genetyczny w naturze samego rozumu. Kryzys ten będzie trwał dopóty, dopóki błąd ten nie będzie usunięty. Nasze współczesne praktykowanie racjonalizmu nie prowadzi społeczeństwa ku lepszemu światu. Oddala nas odeń coraz bardziej. Od czasów Renesansu takie podejście przynosiło korzyści i przynosić je będzie tak długo, jak długo dominować będą potrzeby zaspokojenia braku żywności, produkcji ubrań i budowy dachu nad głową. Lecz teraz, kiedy te potrzeby nie są tak naglące dla wielu ludzi, pojawiają się inne oczekiwania. Zaczyna się to podejście takim, jakim jest naprawdę – uczuciowo jałowe, estetycznie nie znaczące i duchowo puste. Tak jest dzisiaj i tak będzie długo jeszcze. 

* * * 

Wszystkie religie Wschodu przywiązują wielką wagę do doktryny sanskryckiej Tat tvam asi („Ty jesteś tym”), która głosi, że wszystko w naszym myślowym wyobrażeniu o tym, czym jesteśmy, i wszystko, co uważamy za naszą świadomość, jest niepodzielne. Uświadomienie sobie tej niepodzielności oznacza osiągnięcie oświecenia. 

Logika złudnie zakłada rozdział pomiędzy podmiotem a przedmiotem i dlatego właśnie nie jest prawdą ostateczną. Złudzenia tego można pozbyć się dzięki zaprzestaniu czynności fizycznych i umysłowych oraz wyłączeniu doznań uczuciowych. Są na to sposoby. Jednym z najważniejszych jest sanskrycka metoda dhyana, zniekształcona w języku chińskim na Chan, a w japońskim na Zen. 

* * * 

Przez chwilę przyglądam się przejeżdżającym samochodom. Jest w nich coś z osamotnienia. Właściwie to nie osamotnienie – to coś gorszego. Nijakość. Jak wyraz twarzy pracownika stacji benzynowej, kiedy napełniał zbiornik. Nijaki. Nijaki krawężnik przy nijakim żwirze na nijakim skrzyżowaniu prowadzącym donikąd. 

Coś nie jest w porządku także z kierowcami tych samochodów. Wyglądają jak ten pracownik stacji, patrzą prosto przed siebie, jakby w transie, w jakimś własnym, osobistym zapamiętaniu. Nie widziałem tego od... od czasu, kiedy Sylwia podzieliła się swoim spostrzeżeniem pierwszego dnia. Wszyscy wyglądają jak na pogrzebie.

Od czasu do czasu ktoś rzuca spojrzenie w bok i zaraz odwraca pustą, pozbawioną wyrazu twarz, jak gdyby w zakłopotaniu, iż mogliśmy zauważyć, że zamiast pilnowania swojego nosa patrzył na nas. Dostrzegam to teraz wyraźnie, od dłuższego czasu nie mieliśmy takich widoków. A i nasza jazda też wygląda jakoś inaczej. Samochody poruszają się ze stałą prędkością, równą górnej granicy szybkości obowiązującej w mieście, i kierowcy nie widzą nic poza jezdnią. Kierowcy zdają się myśleć bardziej o tym, gdzie chcą być, niż o tym, gdzie są. 

* * * 

Samotność ludzi w mieście. Spotykałem ją wszędzie, w supermarkecie, przy automatycznych pralkach i przy płaceniu rachunku w motelu, w autobusach turystycznych pełnych samotnych emerytów, którzy przy drodze przyglądają się drzewom, a jadą po to, żeby patrzeć na morze. Czuje się ją w pierwszym błysku spojrzenia, w każdej spotkanej nowej twarzy – w pytaniu trwającym tylko przez małą chwilę. 
Robert Pirsig, zdjęcie z 2007 roku

Widzimy teraz coraz więcej tej samotności i paradoksalnie jest ona największa w wielkich zatłoczonych metropoliach Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża. Wydawałoby się, że bardziej samotni powinni być ludzie rozproszeni na wielkich połaciach zachodniego Oregonu, Idaho, Montany i Dakoty, ale tam wcale tego nie zauważyliśmy. 

Okazuje się, tak przypuszczam, że fizyczny dystans pomiędzy ludźmi nie ma nic wspólnego z samotnością. Chodzi o dystans psychiczny, a w Montanie i Idaho odległości geograficzne pomiędzy ich mieszkańcami są duże, ale psychiczny dystans niewielki. Tutaj jest odwrotnie. 

Jesteśmy w Ameryce pierwszej klasy. Jej forpoczty napotkaliśmy onegdajszej nocy w Princeville Junction i od tej pory towarzyszy nam stale. Pierwszorzędna Ameryka autostrad i supersamolotów, telewizji i spektakli filmowych. Ludzie, których trzyma w swoich objęciach, zdają się spędzać większość swojego życia bez bliższego kontaktu z tym, co ich otacza. Środki masowego przekazu przekonały ich, że to, co jest najbliżej nich, nie ma znaczenia. Dlatego mają samotność wypisaną na twarzach. Najpierw nikły przebłysk zaciekawionego rozpoznania, ale kiedy już ich wzrok spocznie na tobie, stajesz się tylko jednym z przedmiotów. Nie liczysz się. To nie ciebie wyglądają. Nie jesteś z telewizji. 

Ale w drugorzędnej Ameryce, w tej, którą przejechaliśmy, w Ameryce lokalnych dróg, Chińskich Rowów, koni Appaloosa, horyzontów wyznaczanych górskimi łańcuchami, zadumy myślowej, dzieci z szyszkami sosnowymi, trzmieli i otwartego nieba nad nami, rozpostartego na setki kilometrów – w tej Ameryce dominowała rzeczywistość wokół nas, ona była dla nas ważna. I tu nie było zbyt wiele miejsca na samotność. Tak zapewne musiało być sto czy dwieście lat temu. Nie było prawie wcale ludzi i prawie wcale samotności. Popadłem zapewne w zbytnie uogólnienia, ale przy zachowaniu pewnych proporcji, dokładnie tak sprawa naprawdę wygląda. 

Głównym sprawcą ludzkiej samotności jest technika i to ją sadza się na ławie oskarżonych, gdyż w sposób oczywisty samotność kojarzy się z jej wytworami – z autostradami, samolotami, telewizją i tak dalej – mam jednak nadzieję, iż jasno wynika z poprzednich wywodów, że prawdziwą przyczyną zła nie są produkty techniki, lecz jej tendencja do kreowania w ludziach postaw opartych na obiektywizmie. Prawdziwym złem jest obiektywizm, dualistyczny ogląd rzeczywistości będącej podstawą techniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz